Ta strona internetowa używa ciasteczek.

Między globalizacją a regionalizacją

Tomasz Teluk

Artykuł ukazał się w Międzynarodowym Przeglądzie Politycznym.

Problemem współczesnego świata jest nadmierna regionalizacja – zamykanie się krajów rozwiniętych w regionalnych oazach dobrobytu oraz niedopuszczanie do sprawiedliwej i wolnej konferencji państw najbiedniejszych. Jak wykazują badania, globalizacja stała się obecnie procesem bardziej wirtualnym, niż ma swoje odbicie w rzeczywistości. Nową obsesją stała się globalofobia – irracjonalnych strach przed integracją ze światem, postrzeganej jako zagrożenie dla suwerenności politycznej, gospodarczej i społecznej. Ten mit rozwiewają przykłady krajów, które doskonale radzą sobie na arenie międzynarodowej, zachowując jednocześnie swój tradycyjnych charakter.

Wśród różnorodnych definicji zwolenników i przeciwników zjawiska można się pogubić. Abstrakcyjnym terminem „globalizacja” określa się integrację świata w zakresie gospodarki, przepływu ludzi i kapitału, handlu, inwestycji, przede wszystkim poprzez komunikację i transport, które to stają się łatwiejsze niż kiedykolwiek przedtem. Globalizacja zmienia świat, bowiem dotyczy przekraczania granic czasu i przestrzeni. Oczywiście wśród tego terminu zdążyło utworzyć się wiele mitów. Jednym z nich jest powszechne w publicystyce przekonanie, że „świat skurczył się”, mając naturalnie na myśli łatwość przemieszczania się i przesyłania sytuacji. Jednak w rzeczywistości świat jest tak samo rozległy, jak kilka tysięcy lat temu. Podróżowanie na wielu obszarach kuli ziemskiej jest równie uciążliwe, jak przed wiekami. Możliwość telefonowania w najodleglejsze miejsca na ziemi, w rzeczywistości nie zbliża rozmówców do tego stopnia, aby automatycznie uznać ich za sąsiadów.

Współpracę międzynarodową, determinują wciąż czynniki naturalne. Uwarunkowania historyczne czy bliskość geograficzna odgrywają wciąż dominującą rolę w budowaniu gospodarczej mapy świata. Analiza zjawisk, dotyczących procesów rzeczywistej integracji świata, musi skłaniać do wniosku, że procesy globalizacyjne odgrywają podrzędną rolę do regionalizacji. Regionalizacji, w której wiodącą rolę nie odgrywa już państwo narodowe, lecz korporacje, przejmujące funkcje socjalne, tradycyjnie zarezerwowane dla rządu i współpracujące z państwami na arenie ponadnarodowej. Natomiast państwa narodowe skupione są zazwyczaj w układach reprezentujących interesy regionalne. Tego typu sytuacja premiuje państwa silnie gospodarczo i politycznie, niemniej krajom rozwijającym się przynosi także wiele korzyści. Jedyną samobójczą strategią jest praktyka izolacji, oznaczająca polityczne wykluczenie, gospodarczy regres i dryfowanie na manowce cywilizacji.

Globalny cud

Krytycy przeciwni postępującej integracji procesów gospodarczych przypominają mieszkańców pustyni modlących się o deszcz. Zjawiska zatrzymać się nie da. Zresztą po cóż to robić, skoro przynosi ono mieszkańcom naszej planety szereg niekwestionowanych korzyści. Globalizacja w ogólnym rozrachunku przyczyniła się do redukcji biedy, średni globalny dochód na obywatela na przestrzeni ostatnich dwudziestu pięciu lat podwoił się. Jednocześnie dwukrotnemu zwiększeniu uległa spodziewana długość życia, chociaż pod uwagę trzeba brać okres ostatniego wieku. Jednakże, w ciągu zaledwie 50 lat trzykrotnie spadła umieralność noworodków. W tych samych proporcjach, a więc drastycznie zmniejszyła się liczba ludności niedożywionej. Na świecie mamy także trzykrotnie mniej analfabetów niż przed półwieczem. Mimo oczywistych nierówności, standard życia obywateli poszczególnych państw zanotował wzrost. Na rozwoju gospodarczym zarabiają także najbiedniejsi. Najmniej zamożni w krajach bogatych doprawdy nie mają powodów do narzekań. Szwedzki pisarz i publicysta Johan Norberg w doskonałej książce „W obronie globalnego kapitalizmu ”, cytuje dane UNDP, z których wynika, że 72 proc. najbiedniejszych amerykanów posiada co najmniej jeden samochód, 41 proc. – własny dom, 50 proc. korzysta z klimatyzacji a 72 proc. – ze zmywarki do naczyń.

Ten niesłychany postęp cywilizacyjny dokonał się zaledwie w ciągu dwóch pokoleń. Jednym z czynników przyspieszających gospodarczą transformację w ostatnich latach są nowe technologie. Globalizacja przepływu pracy, wiedzy i kapitału, dokonuje się w dużej mierze dzięki technologiom informacyjnym (IT). Jak wykazał doskonały ekonomista austriacki Fryderyk Machlup, nowoczesne społeczeństwa stały się społeczeństwami informacyjnymi, zajmującymi się w dużej mierze przetwarzaniem danych. O ich bogactwie, nie decydują wyłącznie zasoby naturalne, lecz kapitał wiedzy. Dzięki IT transfer technologii staje się coraz tańszy i prostszy. Teleinformatyka pozwala szybciej pokonywać bariery cywilizacyjne, a sukcesy gospodarcze Azji Południowo-Wschodniej, Chin oraz Indii są tego doskonałym przykładem.

Tak blisko, tak daleko

Na początku niniejszego opracowania postawiłem dwie tezy. Pierwszą, że regionalizacja odgrywa wciąż dominującą rolę wobec globalizacji oraz drugą, iż globalizacja ma charakter raczej wirtualny, niż rzeczywisty.

Od wielu lat badania nad globalizacją prowadzą wspólnie analitycy z firmy konsultingowej A.T. Kearney oraz dziennikarze z prestiżowego magazynu „Foreign Policy”, opracowując dorocznie tzw. indeks globalizacji, wskazujący najbardziej i najmniej „zglobalizowane” kraje świata. Wyniki bieżącego raportu są niezmiernie interesujące . Na szczycie klasyfikacji znalazła się Irlandia, detronizując kraje skandynawskie. Skądinąd Irlandia podawana jest często za nieosiągalny przykład dla rodzimych polityków, przy czym zapomina się, że w latach 90. Polska rozwijała się szybciej od Irlandii, a 6 mln nowych miejsc pracy, wzrost gospodarczy przekraczający 7 proc. PKB rocznie były wynikiem wolności gospodarczej, a nie cudu, czy działania rządu.

Tabela 1. Liderzy globalizacji

Miejsce/ Państwo
01 Irlandia
02 Singapur
03 Szwajcaria
04 Holandia
05 Finlandia
06 Kanada
07 Nowa Zelandia
08 Austria
09 Dania
10 Szwecja
31 Polska

Źródło: A.T. Kearney, Foreign Policy 2004

Analitycy podkreślają, iż rzeczywista globalizacja znajduje się w odwrocie. Po 11 września, po raz pierwszy w historii nowożytnej nastąpił spadek zagranicznych podróży. Od dobrych kilku lat spada wskaźnik globalnego przepływu kapitału, który w 2001 r. zmniejszył się o 40 proc. oraz o kolejne 21 proc. w 2002 (dane są podawane z rocznym lub 2-letnim opóźnieniem). Globalizacja gospodarcza doznała niesłychanego spowolnienia i na podkreślenie zasługuje fakt, że tendencja utrzymuje się mimo znacznych ułatwień w zakresie inwestycji zagranicznych wprowadzanych w poszczególnych krajach, dochodząc do punktu minimum na przestrzeni ostatnich pięciu lat.

Jak zatem przebiegają procesy integracyjne? Euforia technologiczne powoduje, że ludzie interesu zamiast ryzykować podczas podróży zagranicznych spotykają się w przestrzeni elektronicznej np. za pomocą wideokonferencji. Komunikacja odbywa się za pomocą dwóch najważniejszych wynalazków nowoczesności: telefonu oraz internetu. Warto zauważyć, że kluczowymi wyznacznikami indeksu globalizacji są takie dane, jak ilość bezpiecznych serwerów, liczba korzystających z sieci, czy dostępność usług internetowych.

Wytrychem – prowadzącym do sukcesu gospodarczego stała się globalna konkurencyjność. Według innego zestawienia tzw. rankingu konkurencyjności –promowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne (World Economic Forum), czynnikami decydującymi o światowym sukcesie gospodarczym są: stabilność makroekonomiczna, jakość instytucji publicznych oraz postęp technologiczny . Jest to klasyfikacja słuszna, bowiem przeciwstawia rynkowi siłę polityczną, co znajduje odzwierciedlenie w postaci pozycji w organizacjach międzynarodowych, o czym będzie mowa w dalszej części tekstu.

Jednak takie etatystyczne podejście do gospodarki może wkrótce ukazać się zgubne. Zdecydowanie niedoceniane są takie kraje, jak Chiny, Indie czy Brazylia, w których liczba osób korzystających z internetu rocznie w tempie 75-136 proc. rocznie, gdzie przybywa nowych miejsc pracy dzięki innowacyjności lokalnych przedsiębiorców i z racji przenoszenia zagranicę oddziałów firm, z krajów rozwiniętych (tzw. outsourcingu). Już wkrótce młoda i przedsiębiorcza Azja może zostawić w technologicznym wyścigu starzejącą się i protekcjonistyczną Europę.

Tabela 2. Najbardziej konkurencyjne gospodarki świata

Miejsce/ Państwo
01 Finlandia
02 Stany Zjednoczone
03 Szwecja
04 Dania
05 Tajwan
06 Singapur
07 Szwajcaria
08 Islandia
09 Norwegia
10 Australia
45 Polska

Źródło: World Economic Forum, 2003

Kraje Starego Kontynentu postawiły na biurokrację, interwencjonizm i centralne planowanie. Realizują wytyczne tzw. 6 Programu Ramowego, który miał pomóc dogonić pod względem konkurencyjności Stany Zjednoczone. Jednakże jedyne, co przyniósł ten swoisty „plan dziesięcioletni” to stabilizacja ekonomicznego regresu: spadek wewnętrznego handlu w UE, wydajności pracy, zwiększenie udziałów w rynku przez monopole, zahamowanie liberalizacji gospodarki przy jednoczesnym wzroście regulacji. Tymczasem wolnorynkowy dogmat: „im więcej wolności gospodarczej, tym większy dobrobyt”, znajduje swoje odzwierciedlenie w praktyce . Azjaci cieszą się więc nie tylko wolnością gospodarczą, lecz także bogactwem. Kraje, które od wielu lat skupiają się na znoszeniu barier w kontaktach ze światem mogą mówić o spektakularnym sukcesie. Państwa Azji Południowo-Wschodniej: Hong-Kong, Singapur, Korea Południowa, Tajwan czy Malezja zbudowały swoją międzynarodową potęgę na wolnym handlu z resztą świata. Otwarcie się na świat, leży także u podstaw powodzenia Indii i Chin. Wcześniej w latach 50. dzięki znoszeniu barier w relacjach gospodarczych ze światem, wzrastały kraje Europy Zachodniej. Sukces transformacji ustrojowej Europy Środkowo-Wschodniej ma swoją przyczynę także w liberalizacji gospodarki, a takie kraje, jak Czechy czy Estonia stawiane są dziś za podręcznikowy wzór udanych reform.

Tabela 3. Liderzy wolności gospodarczej

Miejsce/ Państwo
01 Hong Kong
02 Singapur
03 Nowa Zelandia
04 Luksemburg
05 Irlandia
06 Estonia
07 Wielka Brytania
08 Dania
09 Szwajcaria
10 Stany Zjednoczone
56 Polska

Źródło: Heritage, Wall Street Journal, 2004

Międzynarodowy nieład

Przeciwnicy globalizacji mają rację, iż wśród jej beneficjentów trudno spotkać kraje ubogie, a dystans między najbogatszymi a najuboższymi stanowi katastrofę humanitarną. Jednak to nie globalizacja, ani wolny rynek są odpowiedzialne za nierównomierny rozkład globalnego bogactwa. Z dobrodziejstw gospodarczej integracji świata korzysta zaledwie kilkadziesiąt na blisko 200 państw świata. W dużym uproszczeniu, dzieje się tak dlatego, że rynek przegrywa z polityką. Najważniejsze decyzje gospodarcze nie zapadają w wyniku równoważenia się sił rynkowych, lecz na skutek negocjacji przy zielonym stoliku. O globalnej pozycji gospodarczej, nie decyduje bowiem wyłącznie konkurencyjność oferowanych produktów, lecz pozycja w organizacjach międzynarodowych, których decyzje regulują globalny obrót towarami i usługami. Wpływy w Światowej Organizacji Handlu, na obradach szczytów G8, Światowego Forum Ekonomicznego, w Banku Światowym, Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Organizacji Narodów Zjednoczonym, w dużej mierze decydują o pozycji negocjacyjnej. Gra na rynkach międzynarodowych jest grą zespołową, w której wygrywają najsilniejsze politycznie z pośród państw skupionych w regionalnych oazach dobrobytu: amerykańskiej NAFTA, Unii Europejskiej i EFTA, azjatyckim ASEAN.

Na przeciwległym biegunie znajduje się ponad 150 państw pogrążonych w politycznym niebycie, wykluczonych z powodu międzynarodowego protekcjonizmu. Według zatrważającego raportu brukselskiego Center for the New Europe, co 13 minut na świecie umiera człowiek z powodu barier ograniczający wolny handel . Każdy procent wzrostu gospodarczego w Czarnej Afryce wzbogaciłby kontynent o 49 mld funtów, co pozwoliłoby na wyciągnięcie z klęski głodu aż 128 mln ludzi. Korelację między uwolnieniem handlu z najbiedniejszymi, a przeciwdziałaniem śmierci z niedożywienia, potwierdza Bank Światowy. Wieloletnie dotowanie biedy przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy poskutkowało jedynie uzależnieniem finansowym krajów ubogich od pomocy międzynarodowej. Dochód narodowy Afryki Subsaharyjskiej spadł w ostatnim 10 latach o 20 proc. Eksperci CATO Institute wykazują, że rozdźwięk cywilizacyjny między najbogatszymi, a najbiedniejszymi jest ogromny . Spodziewana długość życia mieszkańca Ghany jest porównywalna z żywotnością Amerykanina z początku ubiegłego stulecia. Katastrofa głodu nie jest spowodowana bynajmniej niedostatkiem żywności. Według UNDP przy obecnym stanie techniki nowoczesne rolnictwo jest w stanie wyżywić nawet dwukrotnie większą niż obecnie liczbę mieszkańców Ziemi. Trzeba wyraźnie podkreślić, że klęska głodu i nierówności w międzynarodowym rozdziale bogactwa nie należy do ujemnych efektów globalizacji. Jest to jeden ze skutków polityki interwencjonistycznej najbogatszych krajów świata, które odgradzają się od konkurencji za pomocą kontyngentów, ceł, zapór, subsydiów oraz norm jakościowych oraz ilościowych. Dotowanie nierentownej produkcji rolnej i regionalny protekcjonizm powoduje, iż pozbawia się konsumentów możliwości nabywania tanich i dobrych towarów z zagranicy, a zagranicznym dostawcom uniemożliwia się uczciwą i wolną konkurencję. Dochodzi do takich absurdów, że na Dalekim Wschodzi słodzi się kawę najdroższym na świecie, ale subsydiowanym cukrem z Europy, który wyparł „ekologiczny” produkt z Sudanu.

Dyktat korporacji

Globalizację udaje się hamować, tak jak dzieje się to obecnie pod wpływem współpracy rządów i międzynarodowych korporacji, korzystających na obecnym układzie. Jednak dzieje się tak ze szkodą dla człowieka. Wystarczającym przykładem jest światowa epidemia gruźlicy wielolekoodpornej, pochłaniająca rocznie, według danych Światowej Organizacji Zdrowia, ponad 2 miliony ofiar . W leczeniu gruźlicy wciąż stosuje leki nieskuteczne, ale dotowane przez rządy – ujawnia organizacja Global Business Research Initiative. Tymczasem, terapia za pomocą konkurencyjnych preparatów, którym uniemożliwia się wejścia na rynki lokalne zdominowane przez farmaceutycznych gigantów, jest nie tylko skuteczniejsza, lecz kilkudziesięciokrotnie tańsza od leczenia AIDS czy nawet malarii.

Według szacunków ONZ na świecie funkcjonuje ponad 60 tys. ponadnarodowych korporacji. Rolę podobną do państwa odgrywa już ok. 500 największych firm świata. 200 najpotężniejszych przedsiębiorstw wytwarza aż 1/4 produktu światowego brutto. Od lat 90. przeciętne dochody korporacji zwiększyły się o ponad 100 proc., natomiast państw – zaledwie o kilka procent. Roczny przychód czołowego amerykańskiego detalisty – sieci Wal Mart jest dwukrotnie większy od produktu narodowego brutto takich państw jak Portugalia, Iran czy Izrael. Roczny zarobek giganta paliwowego Exxon jest wart więcej niż roponośne bogactwo Arabii Saudyjskiej. W tym samym okresie więcej od Polski zarabiają takie firmy jak General Motors czy BP. Potęga państwa narodowego została przyćmiona potęgą marki. Pod względem ekonomicznym od niejednego kraju bardziej liczą się tacy giganci jak Ford, Daimler-Chrysler, Shell, General Electric, Toyta, Citigroup, Allianz czy IBM.

Korporacje dostarczając społeczeństwu rozbudowane funkcje socjalne przejmują rolę opiekuńczych państw narodowych. Dostarczają miejsc pracy, samochodów, mieszkań, wczasów, przedszkoli. Jednak są w tym działaniu o wiele bardziej efektywne. Gdyby korporacje działały analogicznie do państw, pobierałyby 3/4 pensji, jako zaliczkę na nigdy nie dostarczone usługi, przy czym kupienie ich produktów graniczyłoby z cudem, chyba, że w zamian za łapówkę, jeśli akurat nie trwałyby strajki.
Niemniej multikorporacje i rządy do sojusznicy w zakresie regulacji rynków. Państwa dokonują interwencji także na skutek nacisków innych lobby – organizacji branżowych, związków zawodowych, rolników. Ich współpraca ponad rynkiem stanowi największe zagrożenie dla konsumentów. Globalizacja jest hamowana w sposób sztuczny na skutek współpracy instytucjonalnej i eliminacji mechanizmów rynkowych.

Globalofobia

Mimo wszelkich niedogodności ład międzynarodowy jest jedyną przestrzenią anachistyczną, gdzie współdziałanie rozmaitych instytucji można uznać za nieprzymuszone. Ruch antyglobalistyczny sprzeciwia się dyktatowi rządów i korporacji, jednak postulaty lewicowców mogą doprowadzić jedynie do jeszcze większej nędzy, większego zacofania, a być może nawet do globalnego totalitaryzmu. Antyglobaliści nazywają wolnorynkowy kapitalizm utopią, tymczasem do obecnych nierówności w świecie doprowadziła właśnie utopia socjalizmu – bezkrytyczne przekonanie, że rozdziałem kapitału można dowolnie sterować pod pozorem obrony praw grup rzekomo dyskryminowanych czy sprawiedliwości społecznej. Jednocześnie zapominają, że pod takimi samymi hasłami protestowano w latach 60. a obecna sytuacja międzynarodowa jest wynikiem polityki ludzi, którzy kiedyś także byli demonstrantami.

Cyniczni liderzy przyciągają młodych ludzi hasłami wolności absolutnej firmowanej anarchizmem. Tymczasem antyglobaliści są najbardziej radykalnymi sojusznikami państwa, z którymi jako anarchiści deklarowali walczyć. Czego domagają się więc przeciwnicy wolności? Domagają się wzmożenia państwowego interwencjonizmu gospodarczego, międzynarodowego protekcjonizmu oraz zwiększenia opodatkowania. Antyglobaliści opowiadają się za regulowaniem gospodarki, dotowaniem biedy i nierentownych programów społecznych, będąc równocześnie przeciwko międzynarodowemu przepływowi kapitału. Mówiąc wprost – podobnie jak socjaliści proponują wywłaszczanie prawowitych posiadaczy dóbr i środków na rzecz określonych lobby. Pochwalają taktykę Robin Hooda, okradającego bogatych i rozdającego biednym, nie zważając na destrukcyjne konsekwencje tego typu działań. Przecież kraje ubogie, którym od dziesiątek lat serwuje się „pomoc międzynarodową”, tkwią dalej w ekonomicznej stagnacji i zacofaniu.

Niestety ich hasła – domagające się zwiększenia globalnej kontroli nad międzynarodowymi przepływami finansowymi – mogą się wkrótce ziścić. Urzędnicy związani z WTO, wcześniej GATT, Bankiem Światowymi, Międzynarodowym Funduszem Walutowym oraz agendami ONZ od lat forsują projekt powołania światowego rządu, znany pod nazwą 3G (ang. Global Governance Group – przyp. Autora). Wśród inicjatorów przedsięwzięcia odnajdujemy m.in. Michela Camdessusa byłego szefa MFW, prof. Rudolfa Dolzera, ex-dyrektora Biura Kanclerza Niemiec, Onno Rudinga, wiceprezesa Citybanku, byłego Ministra Finansów Holandii, Petera Sutherlanda prezesa British Pertroleum, byłego Komisarza Europejskiego oraz dyrektora generalnego GATT i WTO. Urodzeni biurokraci tworzą sobie kolejny szczebel urzędniczej kariery. Tym razem mierzą najwyżej – chcą globalnej kontroli nad światem. Forsują oni ideologię tzw. shared soverigty (ang. suwerenności uczestniczącej (!) – T.T.), polegającej na zrzeczeniu się części suwerenności narodowej na rzecz organizacji międzynarodowych.

Owa fałszywie pojmowana sprawiedliwość nie powinna skłaniać żadnego z krajów do popierania podobnych pomysłów. Międzynarodowa biurokracja nie odniosła żadnych znaczących sukcesów gospodarczych, a wielu najbardziej utytułowanych ekonomistów od Friedmana po Stiglitza uważa, że MFW, BŚ czy ONZ powinny być już dawno rozwiązane. Wszelkie cele ekonomiczne po II wojnie mogły być równie dobrze osiągnięte bez politycznej nadbudowy. Odejście od taktyki dwustronnych korzyści (ang. win-win) w negocjacja o liberalizacji światowego handlu, spowodowało, że pojawiły się praktyki dumpingowe. W zasadzie od rundy Urugwajskiej w 1994 r., podczas której wynegocjowano najniższe możliwe stawki celne w krajach rozwiniętych, nie posunięto się naprzód.

Potrzeba wolnego rynku

Za katastrofę humanitarną i klęskę głodu w krajach najuboższych trzeba zatem winić nie globalizację, lecz międzynarodowy interwencjonizm. Wolny handel powinien stać się nowym imperatywem moralnym dla pogrążonej w recesji gospodarki całego świata. Tworzenie kolejnych biurokratycznych tworów, także tych, które zajmowałyby się globalną redystrybucją, przyniesie korzyści wyłącznie zatrudnionym w niej urzędnikom, a już na pewno nie głodującym ludziom, gdzieś w Afryce. Historia gospodarcza takich np. Azji Południowo-Wschodniej, udowodniła, że dzięki poszanowaniu praw własności, dobrowolności zawierania umów i nieskrępowanej aktywności gospodarczej możliwe jest przekształcenie stosunkowo ubogich krajów w ważnych graczy na światowych rynkach. Wolny rynek nie przynosi nic innego, jak poprawę bytu rodzin i narodów. Rynek rozwiązuje te problemy, z którymi nie radzi sobie państwo.

Ekologowie powinni zwrócić uwagę, że otwarcie rynków rolnych może przyczynić się do poprawy ochrony środowiska. W wyniku ograniczenia produkcji przez kraje intensywnie używające pestycydów, szanse zyskają gospodarki bazujące na naturalnych metodach upraw. Nie podlega wątpliwości, że zanieczyszczenie środowiska w krajach Europy Środkowej i Wschodniej zmniejszyło się znacznie, równolegle z uwolnieniem gospodarki.

Globalizacja powoduje osłabienie omnipotencji rządów. Państwa narodowe poddane konkurencji globalnej muszą rywalizować między sobą warunkami stwarzanymi dla inwestorów, stawkami podatkowymi czy warunkami życia. Jest to sytuacja niezwykle korzystna dla obywatela. Warto przy tym zauważyć, że wskaźniki dotyczące spodziewanej długości życia są najbardziej optymistyczne w krajach najbardziej otwartych – Kanadzie, Szwajcarii, Szwecji czy Holandii.

Niesłusznie ubolewa się nad „McDonaldyzacją” świata, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych funkcjonuje 1700 orkiestr symfonicznych, 7,5 mln widzów ogląda rocznie spektakle operowe, a muzea sprzedają ponad 0,5 mld biletów.

Na koniec warto wspomnieć, że globalizacja nie sprzyja także sekularyzacji. Zwycięzcą tegorocznego rankingu globalizacji jest katolicka Irlandia. Wysoką pozycję w rankingu zajmują przecież kraje udanie łączące otwartość na świat z aktywnym uczestnictwem w życiu duchowym. Statystyczni mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, Włoch, Hiszpanii czy Portugalii stali się nie tylko bogatsi, ale i bardziej religijni od obywateli takich państw jak kojarzona z prawosławiem Ukraina czy muzułmański Iran.
Globalizacja, ale tylko ta oparta na liberalizacji rynków, a nie na praktykach interwencjonistycznych, niesie za sobą szansę globalnego gospodarczego wzrostu i tym samym wyrównania szans krajów biednych i bogatych. Dlatego należy jak najszybciej odejść od praktyk protekcjonistycznych i biurokratycznych oraz poszerzyć możliwie strefę wolnego obrotu między zainteresowanymi stronami. Z dobrodziejstw globalizacji powinny korzystać wszystkie narody, bowiem izolacjonizm jest strategią destrukcyjną.

Pozwolę sobie zakończyć anegdotą, która zdarzyła mi się naprawdę podczas jednej z podróży po kraju. W pięknej świętokrzyskiej wsi Kurozwęki spytałem miejscową, jak mi się wydawało, kobietę, czy drogą przez las dostanę się do sąsiedniego Kotuszowa. „Nie wiem – nie jestem stąd” – odpowiedziała oburzona. Natomiast na pytanie, gdzie mieszka, podała nazwę innej wsi, także sąsiadującej z Kurozwękami, ale od innej strony. Jej uwaga poddała w wątpliwość nie tylko moje wyobrażenie o globalizacji, ale utwierdziła mnie o przekonaniu, że w rzeczywistości znajdujemy dopiero w początkowym stadium tego procesu.